Górski Sylwester w Kosowie 2017

Górski Sylwester w Kosowie? W paśmie noszącym urocze miano Gór Przeklętych? Brzmi zachęcająco! Wspólnymi siłami High Away oraz exploruj.pl zorganizowaliśmy chyba pierwszą w Polsce  górską wyprawę, której celem były tylko i wyłącznie góry najmłodszego kraju w Europie. Nasi przyjaciele z Kosowa twierdza również, że był to pierwszy w ich karierze zorganizowany większy trekking zimą.

Mitrovica – most, który dzieli

Najpierw jedziemy przez płaską jak stół, rolniczą Wojwodinę. Potem są światła i brutalistyczne wieżowce Belgradu. Dalej autostrada i coraz bardziej pagórkowaty krajobraz. Góry rosną coraz bardziej i w momencie, gdy droga wpada w paszczę wąwozu rzeki Ibar już czujemy, że jesteśmy na Bałkanach.

Po przejściu granicznym w Jarinje włóczą się pieski, w jednej budce pracują Serbowie i Albańczycy. Pokazujemy dowody, paszporty, wykupujemy obowiązkowe ubezpieczenie i po kilku minutach już jedziemy wśród serbskich flag przez jeden z najmniej znanych turystom zakątków Europy. Większość mieszkańców kraju stanowią Albańczycy. Całą północna część Kosowa, aż do Mitrovicy oraz kilkanaście chaotycznie porozmieszczanych po całym kraju enklaw zamieszkują Serbowie. To na dobrą sprawę największa na starym kontynencie ziemia niczyja, której mieszkańcy trwają w zawieszeniu. Nie akceptują nowego porządku, nie mogą również zostać wcieleni do ojczystego kraju, gdyż oznaczałoby to przyznanie przez Serbię, że kiedykolwiek przestali w niej mieszkać. Największym skupiskiem Serbów jest Północna Mitrovica, nasz pierwszy cel.

Do niedawna rzeka Ibar dzieliła Kosowską Mitrovicę na dwie części – albańską i serbską. Dziś już są to administracyjnie dwa oddzielne miasta. A może nawet dwa oddzielne światy. Największym symbolem konfliktu jest słynny most, który zamiast łączyć oddziela dwa światy. Kiedy byłem pierwszy raz w Mitrovicy w 2012 roku, most był w ruinie, leżały na nim worki z piaskiem, otoczony był zasiekami, po jednej stronie obwieszony był flagami serbskimi, po drugiej albańskie i przez całą dobę strzegły go oddziały włoskich karabinierów.

Od tego czasu most został odbudowany ze środków unijnych i… dalej jest symbolem patowej sytuacji w Kosowie. Położono nowy asfalt, piękną kostkę dla pieszych, zrobiono elegancką latarnię. Wszystko to oczywiście jak od linijki kończy się kilka centymetrów od północnego brzegu rzeki, tak żeby ani cent nie trafił na serbską stronę. Most dalej jest nieprzejezdny.

Wycieczkę zaczynamy od przejścia przez symboliczny most z odrapanego serbskiego blokowiska w stronę odnowionych i ładnie udekorowanych spacerowych deptaków po południowej stronie Ibaru. To chyba najlepsze miejsce, by poznać współczesną historię Kosowa i zrozumieć odrobinę skomplikowane problemy z jakimi boryka się ten kraj. Po obu stronach rzeki oczywiście mieszkają sami przemili i gościnni dla turystów ludzie. Wyruszamy górską drogą w stronę Peji, miasta u stóp Gór Przeklętych u wrót kanionu Rugova, które stanowić będzie naszą bazą wypadową na górskie wędrówki.

Pejë – bałkańska stolica via ferrat

Latem najprzyjemniej chodzić po górach z noclegami w chatkach i rodzinnych pensjonatach w pasterskich osadach położonych przy spektakularnym transgranicznym szlaku Peaks of the Balkans  łączącym Kosowo, Czarnogórę i Albanię ogromnym kółkiem przez przełęcze Gór Przeklętych. Zimą tylko niektóre niżej położone chatki są otwarte. Najlepiej stworzyć base camp w mieście. Z okazji sylwestra stawiamy na lekką ekstrawagancję i kwaterujemy się w najlepszym w Peji, a według niektórych w całym kraju hotelu Dukagjini.

Jesteśmy praktycznie jedynymi turystami w całym Kosowie. Poza nami zimą przyjeżdżają tu wyłącznie Albańczycy z diaspory (Niemcy, Szwajcaria, Włochy, USA), odwiedzić rodzinę, a do enklaw serbskich mniej liczni Serbowie. Przez cały tydzień jedynymi turystami, jakich spotkaliśmy była para staruszków z Ohio zwiedzających z przewodnikiem średniowieczny patriarchat. W odróżnieniu od Zakopanego ceny nie rosną na sylwestra, nie ma problemu ze znalezieniem miejsc, za czterogwiazdkowy hotel płaci się tyle, co u nas za łóżko w kwaterze prywatnej gdzieś na Olczy. No i nie ma tutaj Sławomira ani tradycyjnych bójek przy fasiągach…

Pierwszego górskiego dnia stawiamy na adrenalinową i historyczną rozgrzewkę. Zaczynamy od położonego u wrót, otoczonego grubym murem Patriarchatu w Peci (miasto po albańsku nazywa się Pejë/Peja, a po serbsku Peć), czyli serca serbskiego prawosławia. Podziwiamy średniowieczne malowidła, siostrzyczka częstuje całą grupę domową rakiją. Następnie przenosimy się w głąb kanionu, gdzie znajduje się jedna z bardziej ekscytujących atrakcji tego typu na Bałkanach.  Tyrolka oferująca 650-metrową powietrzną jazdę wysoko nad potokiem z jednego brzegu wąwozu na drugi. Wszyscy po kolei przelatujemy nad kanionem, jedni ciesząc się pięknem widoków w ciszy, inni głośnym krzykiem wyrażając swój entuzjazm dla tej atrakcji.

Koniec tyrolki jest równocześnie początkiem via ferraty Ari, wystarczy więc tylko przebrać uprząż i można kontynuować górska zabawę. Gdy przebieramy się odwiedza nas kilku policjantów w kosowskich mundurach. Oczywiście są to stacjonujący tutaj Polacy, którzy chcieli przywitać się z rodakami. Gawędzimy o ich misji, robimy wspólne zdjęcia i wyruszamy na ferratkę.

Ari to pierwsza żelazna droga w Kosowie, prostopadle do niej znajduje się druga, pozioma ferrata Mat poprowadzona nad spienionymi wodami potoku Rugova. Nasi przyjaciele z Balkan Natural Adventure wspólnie ze specami z Dolomitów właśnie budują trzecią ferratę. Dużo wyższą i trudniejszą od poprzedniczek. Docelowo chcą zmienić okolicę Peji w ferratową stolicę Bałkanów.

Via ferrata Ari jest naprawdę wyjątkowo przyjemną i urozmaiconą żelazną drogą. Odwiedza dwie jaskinie, prowadzi na zmianę eksponowanymi trawersami i pionowymi uskokami. Jest świetna dla początkujących, którzy chcą dowiedzieć się z czym się właściwie je te via ferraty, ale ze względu na piękne widoki ferratowi wyjadacze też nie będą rozczarowani.

Jest koniec grudnia i ciemno robi się już koło czwartej (informacje dochodzące do nas z drogi do Morskiego Oka wskazują, że nie dla wszystkich jest to oczywista wiedza :)), nie atakujemy już drugiej ferraty i schodzimy do Peji poznawać to ciekawe miasto i jego jeszcze ciekawszą gastronomię.

Hajla (2403 m) – Mentor z Gór Przeklętych

Wczesnym rankiem wyruszamy w stronę położonego na uboczu Gór Przeklętych masywu Hajla (2403 m) na granicy z Czarnogórą. Pod hotelem spotykamy się z naszym przewodnikiem, noszącym adekwatne dla prawdziwego górskiego wyjadacza imię Mentor. Przez kilkanaście lat służył w KFOR (Kosovo Force), organizował szkolenia w zakresie prewencji przeciwminowej, prowadził akcje ratunkowe w zalewanych przez powódź górskich wioskach, robił kursy górskie dla wojskowych i cywilów. Jednym słowem: zna się na rzeczy.

Podjeżdżamy wysoko do kanionu Rugova i zaczynamy spacer we wioseczce Drelaj. Wyżej, w opuszczonej na zimę pasterskiej osadzie Pepaj zakładamy rakiety i pniemy się przez gęsty las wyżej i wyżej. Pogoda jest absolutnie wspaniała. Na niebie nie ma ani jednej chmurki, głębokie wąwozy ukryte są pod morzem mgieł, dookoła setki gór. Nic dziwnego, że humor dopisuje i pomykamy chyżo i bez zawrotów głowy. Mentor toruje szlak, za nim idzie cała nasza grupka: Bożenka z Markiem to przedstawiciele Śląska, Ewa z Grześkiem reprezentują Augustów, a Agnieszka i Ewa Warszawę. Kasia reprezentuje jednoosobową grupę snowboardową, ja natomiast pełnię honorową funkcję szerpy.

Gdy tylko zostawiamy ostatnie świerki przy górnej granicy lasu otwiera się widok na szerokie zbocze Hajli, pokryte świeżym puchem i nietknięte nogą człowieka. Ale to będzie zjazd! Zazdroszczę Kasi tego snowboardu. W górnej części zbocza robi się nieco bardziej twardo, Mentor nakazuje założenie raków. Ostatnie metry ataku szczytowego z imponującymi nawisami żywo przypominają alpejskie olbrzymy i himalajskie granie. Daleko w dole morze mgieł kryje pół Czarnogóry i cały rozległy płaskowyż Dukagjini (serb. Metohija). Jak wyspy wystaje kilkaset mniejszych i większych gór. Widać całe pasmo Gór Przeklętych z Dzierawicą, najwyższą górą Kosowa i Złą Kołatą, dachem Czarnogóry. W oddali dumnie wznosi się piramida Maja Jezerce, najwyższego szczytu całych Gór Dynarskich. Bożenka na szczęście nie zapomniała biało-czerwonej flagi, która już wcześniej dumnie łopotała między innymi na Kazbeku, jest zatem okazja do sesji zdjęciowej. Niech cały świat wie, skąd są te harpagany, które tu wylazły.

Zbliża się zachód słońca, góry zaczynają jarzyć się na krwistoczerwono. Zaczynamy zejście, a Kasia puszcza się w dół na snowboardzie. Po kilkunastu sekundach znika gdzieś w ciemnym lesie, zostawiając za sobą piękny ślad „wściekłego węża”. Wszyscy żałujemy, że nie umiemy jeździć na snowboardzie, bo zbocze Hajli wydaje się czymś w rodzaju raju lub Ziemi Obiecanej dla deskarzy. W lesie zapalamy czołówki i po klimatycznym zejściu przez ciemny las meldujemy się w gościnnych progach pensjonatu Shqiponia na rodzinnej kolacji.

Dziesięciogodzinna wyrypa na Hajlę dała nam w kość, ale domowa albańska kuchnia i przyjazna atmosfera tego miejsca od razu wszystkich postawiła na nogi.

Sylwestrowe safari

Sylwester! W planach mieliśmy wejście na Dzierawicę (2656 m), najwyższy szczyt kraju. Przed świtem już czeka na nas auto terenowe z nieocenionym Bardoshem za kierownicą. Kilka miesięcy wcześniej, kiedy projektowaliśmy szlak Korony Bałkanów z Kasią i Adasiem Niezgódką mieliśmy z Bardoshem małe nieporozumienie, a konkretnie mieliśmy różne koncepcje dotyczące tego w której dolinie ma na nas czekać po dzikiej stronie Dzierawicy. On przyjechał do jednej doliny, my zeszliśmy do drugiej i ostatecznie szukaliśmy się do nocy. Bardosh śmieje się i obiecuje, że nie jest zły.

Wyruszamy. Wysoko na drodze do pasterskiej osady Gropa e Erenikut, gdzie zaczyna się szlak na Dzierawicę podziwiamy wschód słońca. Niestety solidne opady śniegu krzyżują nasze plany i nawet potwór Bardosha nie jest w stanie dojechać do miejsca, z którego atak szczytowy miałby jakąkolwiek szansę powodzenia. Postanawiamy potraktować poranną przejażdżkę jako rodzaj widokowego safari i zarządzamy odwrót. Przenosimy się z powrotem do Kanionu Rugova i wyruszamy na mniejszą wycieczkę: nad jeziora Liquenat, co do których właściwie nikt nie wie, czy leżą jeszcze w Kosowie, czy już w Czarnogórze i którędy w ogóle prowadzi granica między państwami. Według jednych map granica jest na dnie doliny i jesteśmy w Czarnogórze, według innych granią i jak najbardziej pozostajemy w Kosowie. Pogoda jest równie piękna jak wczoraj, tylko śniegu cokolwiek więcej. Na oko minimum półtora metra.

Przed piątą jesteśmy z powrotem w Peji. Zdążymy zatem na sylwestrową kolację. Sylwester w tych stronach wygląda zupełnie inaczej niż wszędzie indziej w Europie. O godzinie 18 wszystkie sklepy i restauracje zamykane są na głucho, a pracownicy i właściciele udają się do domów, żeby świętować w gronie rodzinnym. Pustoszeją ulice, pustoszeją hotele. W Dukagjini poza nami zostają mniej więcej trzy osoby, otwarta jest wyłącznie recepcja. Sylwester jest dla rodziny i jest to rzecz święta. Udajemy się do naszej ulubionej kosowskiej restauracji Kulla e Zenel Beut, mieszczącej się w historycznej, kamiennej mieszkalnej wieży obronnej. Zamawiamy szopską sałatę, słynne skanderbegi (rodzaj dewolaja imponującej wielkości i o nieco nieprzyzwoitym kształcie), kociołki tava (mięso wołowe i cielęce z warzywami podane w gorącym, ceramicznym naczyniu), zupy oraz stosowną ilość wyśmienitego, lokalnego piwa Peja, dumy całego miasta. Już w pół do szóstej kelnerzy zamykają restaurację, żeby przez przypadek nikt inny nie wpadł na pomysł zamówienia czegokolwiek.

Korzystając z pustek w hotelu postanawiamy zorganizować sylwestrową zabawę na korytarzu. Mamy kosowskie wino Stone Castle (absolutnie doskonałe), orzeszki oraz transmisję live z Zakopanego, tak żeby troszkę potęsknić za domem. Kwadrans przed dwunastą wychodzimy na główny plac miasta.

Plenerowa impreza w Peji robi fenomenalne wrażenie. Na skraju rynku stoi malutka didżejka i dwa głośniki, po drugiej stronie usytuowała się konkurencja w postaci trzyosobowej albańskiej rodziny w ludowych strojach grającej na bębnach i piszczałkach. Pomiędzy nimi pląsa kilkanaście osób. Z dumą stwierdzamy, że niemal połowa osób na placu to Polacy. A dokładniej – my. Punktualnie o północy wybucha około czterdziestu fajerwerków a my składamy sobie górskie życzenia. Dokładnie takiej imprezy było nam trzeba. Wcześnie rano mamy przecież wyruszyć na granicę z Macedonią we wspaniałe pasmo Szar Płaniny.

Szar – Góry są easy!

Droga na południe jest niemal zupełnie pusta. Prujemy w stronę Prizrenu, gdzie do ekipy dołącza nasz przewodnik Agnan. Po minięciu prizreńskiej twierdzy droga zwęża się i prowadzi przez nieliczne górskie wioski serpentynami ponad głębokimi wąwozami. Dojeżdżamy do Brezovicy, serbskiej enklawy i największego w Kosowie kurortu narciarskiego. To fenomenalne miejsce dla miłośników stromych stoków i ciekawych obserwacji socjologicznych. Znajduje się tutaj kilka wyciągów krzesełkowych, bardzo podobnych do naszego historycznego krzesełka na Goryczkowej. Trasy są bardzo strome, od samej góry do samego dołu mają nachylenie podobne do ścianki na początku Kotła Gasienicowego. Kurort jest dość popularny. Przyjeżdżają tu zarówno Serbowie jak i Albańczycy. Kiedyś ze względów patriotycznych można było tu płacić wyłącznie w dinarach. Dzisiaj już wszystkie ceny są również w euro, a napisy i po serbsku i po albańsku.

Pijemy kawę, czekamy, aż krzesełko zacznie działać (dzieje się to w dość losowych momentach, kiedy ekipa obsługująca znudzi się zabawą wiertarkami lub kolejka zrobi się za duża) i w końcu wyjeżdżamy na górę. Kasia, pełniąca wśród innych również funkcję wyprawowego kierowcy korzysta z kilku godzin wolnego i testuje wszystkie okoliczne trasy pod kątem jazdy na snowboardzie.

Tutejsi miłośnicy białego szaleństwa dzielą się na pięć charakterystycznych grup. Pierwszą są tacy, którzy jeżdżą bardzo dobrze i śmigają po stromych trasach tak, że aż miło popatrzeć. Drugą grupę stanowią ci, którzy w ogóle nie potrafią jeździć i na każdym zakręcie przewracają się, wstają, otrzepują ze śniegu i kontynuują jazdę, aż do następnego skrętu, gdzie powtarzają wszystkie te czynności od początku, lub po prostu ześlizgują się na tyłkach. Trzecią grupą są posiadacze najnowszego sprzętu i drogich kurtek, którzy wyjeżdżają na górę, robią sobie zdjęcie i zjeżdżają z powrotem krzesełkiem. Czwartą grupę stanowią ci, którzy jeżdżą krzesełkiem w kółko. Ostatnia grupa to ludzie w miejskich ubraniach i eleganckich butach, którzy schodząc z krzesełka natychmiast przewracają się na wyślizganym śniegu, a potem ewakuują się na czworakach lub obrywają w głowę następnym krzesełkiem.

Powiem szczerze: nawet nie idąc w góry można tutaj całkiem miło spędzić czas obserwując ludzi. Postanawiamy jednak nie tracić pięknego dnia. Zakładamy rakiety, raki lub nic (Agnan był twardy, szedł w turystycznych butach i żeby nas zbytnio nie zawstydzać udawał czasem, że się ślizga i walczy o życie, miał rzecz jasna wszystko pod kontrolą) i ruszamy po grani gór Szar w stronę naszego celu – dumnego szczytu Guri i Zi (2536 m), czyli Czarnego Kamienia. Łatwo zapamiętać tą nazwę: „Góry są easy”.

Grzbiet przypomina nieco nasze Czerwone Wierchy. Guri i Zi byłby tutejszym odpowiednikiem Małołączniaka. Po jednej stronie grani mamy Kosowo, po drugiej Macedonię. Widoki z grzbietu są jedyne w swoim rodzaju. Nisko nad nami wiszą ciemne chmury przez które przebija się popołudniowe światło, oświetlając całą grań gór Szar i wszystkie okoliczne pasma. Niższe góry nieopodal Brezovicy są zupełnie brązowe, tylko wierzchołki mają przyprószone śniegiem, grań Szar Płaniny jest zupełnie biała, z nawisami i fantazyjnymi śnieżnymi grzybami i kalafiorami. Horyzont zamykają dzikie turnie Gór Przeklętych, a za nimi czarnogórskie pasmo Komovi. Widać również albańskie góry nieopodal miasta Kukes i niemal całą Macedonię, a być może nawet pasma na granicy z Grecją i bułgarski Piryn. Po prostu międzynarodowa bajka. Aż szkoda odjeżdżać. To chyba najpiękniejszy sposób na spędzenie pierwszego dnia w roku, jaki znam. Nie dość, że cieszymy się, że w 2018 roku póki co 100% dni spędziliśmy w górach, ale jeśli cały rok ma być taki jak pierwszy stycznia to będzie naprawdę fajny rok.

Mili panowie z obsługi czekają z zamknięciem wyciągu, aż zameldujemy się w komplecie. Potem jeszcze tylko wspólne warsztaty z wyprowadzania zastawionego i zakopanego w śniegu samochodu na właściwą trasę, przejazd przez malownicze, wąskie uliczki starówki w Prizrenie, pożegnanie z nieco roztargnionym Agnanem i kończymy górski program. Ostatnia noc w hotelu Dukagjini i musimy powoli żegnać się z Kosowem.

Prishtina – American Dream

Pozostaje jeszcze Prisztina, stolica Kosowa i jak to się mówi jest to truskawka na torcie całego wyjazdu. Może nie samo miasto, ale z pewnością nasz przewodnik Alban. Ale nie chcę wyprzedzać faktów…

Do stolicy wjeżdżamy szerokim bulwarem Billa Clintona i stajemy pod pomnikiem uśmiechniętego byłego prezydenta USA. Bill uśmiecha się do nas również z billboardu zawieszonego wysoko na ścianie bloku ponad pomnikiem. Obok niego wisi reklama chipsów Chio.

Tutaj stery przejmuje nasz przewodnik. Alban mówi po angielsku z perfekcyjnym amerykańskim akcentem i ma lekkie zmarszczki koło oczu od ciągłego uśmiechania się od ucha do ucha.

Mijamy butik Hillary, w którym kosowskie businesswomen mogą zakupić identyczne kostiumy, żakiety i inne ciuszki, w których pojawia się publicznie była pierwsza dama i sekretarz stanu. Każda może być kosowską Hillary Clinton. Do pełnego uhonorowania Billa brakuje już tylko butiku Monica po drugiej stronie ulicy, sprzedającego niebieskie sukienki i cygara… Wkrótce parkujemy na terenie uniwersyteckiego kampusu ze słynnym gmachem biblioteki narodowej.

Alban opowiada o tym jak szybko i gwałtownie zmienia się i rozwija Prisztina. Faktycznie, ostatni raz byłem tutaj sześć lat temu i miasto wyglądało zupełnie inaczej. Wtedy ulice tonęły w wodzie, a główny deptak miasta z pomnikami Skanderbega i Matki Teresy przypominał plac budowy. Teraz Prisztina to prawdziwa metropolia. Buduje się tutaj na potęgę, przybywają niezliczeni inwestorzy, międzynarodowe organizacje, wielki biznes.

Tylko część uniwersytecka się wiele nie zmieniła. Cerkiew prawosławna jak była opuszczona i otoczona drutem kolczastym, tak dalej jest, pod kosmicznym budynkiem biblioteki dalej leżą urwane elementy elewacji. Alban śmieje się, że musi wreszcie zaprojektować autorską trasę wycieczkową po Prisztinie: „zobacz, jak nie należy budować”.

Prisztina z punktu widzenia turysty nie jest najciekawszym miastem na Bałkanach. Robimy rundkę dookoła miasta, oglądamy starówkę i zabytki z czasów jugosłowiańskich, zaglądamy na bazar i pod symbol Kosowa – pomnik Newborn, aktualnie pomalowany jak mur i z wywróconymi dwoma literami, symbolizującymi, że wszystkie mury muszą runąć.

Nie można jednak zwiedzić Prisztiny bez wizyty w kawiarni. Poranne i popołudniowe przesiadywanie w kawiarniach jest przecież najważniejszym punktem w planie dnia każdego szanującego się Prisztińczyka, a my jesteśmy nastawieni na poznawanie miejscowej kultury. Alban zabiera nas do swojej ulubionej kawiarni.

Alban opowiada o typowym dniu mieszkańca stolicy Kosowa na własnym przykładzie. Rano wstaje i idzie do kawiarni. Czeka aż żona wyszykuje się do pracy. Potem odwozi córki do szkoły i znowu zagląda do kawiarni. Następnie pracuje kilka godzin przy komputerze. Jedzie po żonę i córki, a wieczory spędzają w gronie rodzinnym. Czasem musi jeszcze przed snem troszkę popracować, z racji różnic czasowych, gdyż niektórzy jego kontrahenci mieszkają w USA.

– Czym się zajmujesz poza przewodnictwem? – pyta Marek, nieświadomy jeszcze, że właśnie spowodował zejście lawiny.

Alban uśmiecha się tajemniczo i bierze głęboki wdech. Otóż zajmuje się produkcją ekologicznej oliwy z oliwek. Takiej extra virgin. Jest na takie produkty duże zapotrzebowanie w Stanach Zjednoczonych. Podobno buteleczka kosztuje tam nawet 60$. Kiwamy z uznaniem głowami, ale po minie przewodnika widać, że to tylko wierzchołek góry lodowej.

– Poza tym mam jeszcze drugą firmę. Organizuję dla wojska logistykę przy szkoleniach z zakresu broni nuklearnej i chemicznej. Wiecie, raz ekologiczna oliwa, a raz wąglik i wzbogacony uran. Organizuję również szkolenia dotyczące wykrywania przemytu narkotyków na granicach. Pracowałem od kiedy mam sześć lat. Zaczynałem od sprzedawania na ulicach Prisztiny gumy do żucia, papierosów i różnych drobiazgów. Następnie zostałem kelnerem w hotelu. Moim mottem zawsze było, żeby nie myśleć o dniu jutrzejszym, ale o pojutrze. O stwarzaniu sobie możliwości, które można wykorzystać w przyszłości. A przyszłością była nauka języka. Odłożyłem potrzebną sumę i poszedłem do szkoły języka angielskiego prowadzonej przez instytut amerykański. Wiedziałem, że mogę nie być w stanie utrzymać się każdego miesiąca i nie móc na bieżąco regulować rachunków. Położyłem pieniądze na stole i zapłaciłem za trzyletni kurs z góry. Amerykanie docenili moje nastawienie i stwierdzili, że skoro tak stawiam sprawę to mogę uczestniczyć w lekcjach do końca życia za darmo. Póki się nie nauczę. Ale uczyłem się pilnie i wystarczyły mi trzy lata, by opanować angielski. Jako kelner bardzo zależało mi, żeby każdy klient był zadowolony. Raz pewien amerykański profesor przyszedł na śniadanie spóźniony. Stwierdziłem, że to sprawa honoru, żeby podać mu jedzenie, za które zapłacił, nawet po godzinach serwowania posiłków. Zorganizowałem mu to śniadanie. Chciał dać mi napiwek, ale ja powiedziałem, że to mój obowiązek i nie chciałem pieniędzy. Powiedział, że w takim razie zrewanżuje mi się zapraszając mnie na obiad. Przyjąłem zaproszenie. W restauracji powiedział, że zrobiłem na nim duże wrażenie i powinienem zapisać się do amerykańskiego college’u w Prisztinie. Targały mną wątpliwości, gdyż wiedziałem jak droga jest amerykańska edukacja. On dostrzegł moje wahanie i powiedział, żebym niczym się nie przejmował i myślał o trudnościach jako o wyzwaniach, a o wyzwaniach jako możliwościach. Poszedłem złożyć papiery i okazało się, że profesor opłacił całą moją naukę. Przeszło 30 000 euro. Podczas studiów myślałem o nowych możliwościach i zacząłem prowadzić kursy motywacyjne dla kosowskich dzieciaków. Jednocześnie chciałem promować nie tylko siebie, ale również moje miasto, mój kraj, moją kulturę. Zostałem zatem przewodnikiem po Prisztinie i czymś w rodzaju ambasadora naszej kultury. Pokazywali mnie w BBC, CNN, NBC pisali w Washington Post. Następnie rozpocząłem pracę w Banku Światowym i…

Nie będę tutaj opisywał wszystkich kolei losu Albana. Wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem ile potrafi zrobić człowiek, który to głównie lubi posiedzieć sobie w kawiarni. Powiem tylko, że tłumaczenie naszego uśmiechniętego przewodnika, który z każdym zdaniem rozkręcał się coraz bardziej było jedną z najzabawniejszych chwil w moim życiu, a już z pewnością najlepszą w całej, krótkiej karierze tłumacza.

Pora opuścić Prisztinę. Alban wywiózł nas na rogatki miasta. Mimochodem dodał jeszcze, że nie miał problemu z prowadzeniem busika, bo w pracy musi testować dużo różnych aut, gdyż prowadzi małą wypożyczalnię samochodów. Prawdziwy American Dream!

Gdy wysiadał, byłem absolutnie pewny, że za chwilę chwyci go w szpony orzeł bielik i razem odlecą do domu przy dźwiękach Gwieździstego sztandaru

Wieczorem byliśmy w Belgradzie, a Kosowo, nasi przemili przewodnicy i przepiękne góry zmieniły się we wspomnienie.

Na koniec

Dziękujemy Bożence, Markowi, Ewie, Grześkowi, Ewie i Agnieszce za świetny tydzień oraz Jarkowi Figlowi z exploruj.pl za wielką pomoc.

Górski Sylwester w Kosowie na stale wchodzi do naszego programu i każdy, kogo zaciekawiły te strony może napisać do nas i szykować się do wyprawy w grudniu 2018. Do tego czasu odwiedzimy góry Kosowa jeszcze na majówkę i na Boże Ciało, w lipcu i wrześniu wyruszamy na dłuższe trekkingi po Górach Przeklętych szlakiem Peaks of the Balkans, a w sierpniu zdobywamy całą Koronę Bałkanów – najwyższe szczyty Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Czarnogóry, Kosowa, Albanii, Macedonii, Grecji i Bułgarii podczas jednej wycieczki.

Hubert Jarzębowski